Niespodziewany gość...2007-06-30  

W ostatnim tygodniu zajęć szkolnych odwiedził naszą szkołę emerytowany nauczyciel historii pan Zygmunt Poniedziałek. Okazało się, że pracował on w szkole w Mochach w 1949 roku (kilka miesięcy). Bardzo miło wspomina tamten okres i pobyt w Mochach. Później pracował w Dąbrowie Starej a w 1952 roku przeprowadził się na Żywiecczyznę i tam pracował w szkole do przejścia na emeryturę. Obecnie pisze wspomnienia i opowiadania o  Wolsztynie i okolicach, które możemy znaleźć m.in. na stronie www.historiawolsztyna.republika.pl

.

 Oto fragment wspomnień o Mochach:

            „Z tym terenem miałem okazję zapoznać się bliżej, odkąd zostałem nauczycielem Szkoły Powszechnej w Mochach. Kilka dni przed rozpoczęciem pracy zgłosiłem się u kierownika tej placówki. Ówczesny jej szef, Florian Weiss, przywitał mnie bardzo życzliwie. Jego zaś miła żona  zaoferowała mi herbatę i ciasteczka własnego wypieku.

            Podczas wstępnej rozmowy kierownik oznajmił mi, że będę uczył historii, geografii i przyrody, a w klasach: II – III także śpiewu. Mieszkać  będę w budynku położonym na wzgórzu za wsią. W drodze do tego obiektu starał się mi przybliżyć aktualne warunki pracy w tej  szkole. Jak wynikało z jego relacji, nie były one zachęcające. Młodzież  uczyła się w pięciu budynkach rozrzuconych po wsi. W przyszłości miało to ulec zmianie, gdyż społeczeństwo Moch podjęło inicjatywę zbudowania szkoły na miarę potrzeb  obecnego jak   i przyszłego pokolenia.  Obok miejsca, do którego zmierzaliśmy, trwały właśnie prace przy budowie fundamentów  pod przyszły obiekt szkolny.

            Mieszkanie, w którym zostałem zakwaterowany, mieściło się w budynku usytuowanym    na  najwyższym wzniesieniu.  Obiekt ten, przejęty po dawnej ewangelickiej szkole,  składał się z jednej izby lekcyjnej i bardzo przestronnego mieszkania. Przed budynkiem rozciągał się obszerny taras, na który wiodły betonowe schody. Na budynku znajdowała się wieżyczka z zegarem. Mimo że był on już antykiem, wybijał  z zadziwiającą dokładnością  godziny, a jego donośny dźwięk niósł się  nad położoną  u stóp wzgórza miejscowością, oznajmiając, wszem i każdemu z osobna, przemijający czas.

            Usytuowanie tego budynku szkolnego na górującym nad wsią morenowym zboczu było niezmiernie atrakcyjne. Wokół rozciągał się  typowo polodowcowy krajobraz, wśród którego dominowało wzniesienie zwane ,,Łysą Górą”(90 m. n.p.m.).  Obok wzniesienia rósł las  i znajdował się bardzo zaniedbany ewangelicki cmentarz.  W kierunku południowym, przy drodze  do Kaszczoru,  znajdowała się ,,Kolonia”, nieduży przysiółek  założony przed pierwszą wojną światową przez niemieckich osadników. A dalej, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się pola uprawne  i las sosnowy, na  skraju  którego znajduje się  najwyższe   w powiecie wolsztyńskim  wzniesienie zwane „ Babulina”(112m. n.p.m.).

       Na południowym krańcu tej wysoczyzny rozciąga się pas jezior, przez które przepływa rzeka  wpadająca do Kaszczorskiego Kanału. U zarania  naszych  dziejów te  akweny i rzeka stanowiły granicę państwową oddzielającą ziemię Wielkopolan od Śląska.

Nie mniej malowniczo rysował się  krajobraz, gdy patrzyło się w przeciwnym kierunku. W dole, wzdłuż morenowego usypiska, usytuowały się zabudowania gospodarcze. Za nimi rozciągały się pola uprawne i sady. Sięgały one aż ku lasom i gajom bujnie podszytym krzewami, wśród których samotnie sterczał szaniec pamiętający czasy „potopu szwedzkiego”. Może  w nim starosta babimojski Krzysztof Żegocki starał się  stawić czoła  zalewającym naszą ojczystą ziemię szwedzkim najeźdźcom? Może  stąd, nie mając na tyle sił, aby sprostać  liczebnej przewadze wroga, wycofał swój oddział i przemieścił go na wyspę  radomierskiego jeziora?

            Za lasem i  tą prymitywną budowlą obronną usypaną nie opodal  drogi z Wolsztyna do Wschowy rozpoczynały się nadobrzańskie bagna. Porastały je karłowate drzewa, kępy krzewów i bujne bagienne trawy. W przeszłości krajobraz ten nie był tak stabilny. Jego powierzchnię ciągle zakłócała płynąca  tędy rzeka, która w czasie obfitych opadów lub z nadmiaru wód powstałych z topniejących śniegów, nader często zmieniała swoje  łożysko, żłobiła dowolnie nowe  koryta, w których płynęła jak chciała i gdzie chciała. Wpływając na ziemie dawnego powiatu  wolsztyńskiego, rozdzielała się na wiele odnóg, tworząc własne systemy wodne, którymi opasywała wzniesienia, wały  i usypiska morenowe.

 

*  *  *

        

           Pod koniec XIX wieku tymi mało przydatnymi gospodarczo terenami  zainteresował się rząd pruski. Dysponując ogromnymi funduszami, jakie  wymusił w ramach kontrybucji za sprowokowaną przez Francuzów  w 1870-71 roku wojnę, podjął  rekultywację nadobrzańskich bagien. W pierwszej kolejności uregulowano rzekę Obrę, wprowadzając ją  do właściwego koryta .Następnie przez  najbardziej podmokłe obszary przeprowadzono kanały, do których podłączono niezliczoną ilość rzeczek, cieków i rowów melioracyjnych. W wyniku tych inwestycji powstał bardzo skomplikowany system hydrologiczny spełniający funkcję melioracyjno- irygacyjną. Na powstałych ciągach wodnych pobudowano niezliczoną ilość zapór w postaci jazów, tam, śluz i stawideł. Racjonalne korzystanie z tych urządzeń wodnych  okazało się  niezmiernie przydatne w gospodarce łąkowej.  W latach  obfitych opadów atmosferycznych i w okresie wiosennych roztopów odprowadzały nadmiar wód. W okresach zaś suszy wstrzymywały ich odpływ.

        Jednak tylko nieliczni  wiedzieli, co było istotnym powodem, dla którego  kanclerz  Otto Bismarck przystał na budowę tak rozległego i kosztownego systemu irygacyjnego. Temu przedsięwzięciu przyświecały głównie cele militarne. Bliskość granicy  z Rosją ( w rejonie Kalisza) i niezbyt przyjazne stosunki polityczne pomiędzy tymi krajami zapowiadały nieuchronny konflikt zbrojny. W razie militarnego zagrożenia przy pomocy urządzeń spiętrzających wodę w krótkim czasie można było  zamienić całą Nadobrzańską  Nizinę w trudno dostępny i bardzo rozległy akwen. Ten wodny system obrony został przez rząd pruski wykorzystany podczas pierwszej wojny światowej.

       Niezależnie od podtopienia tych terenów, na niektórych odcinkach kanałów rozmieszczono także zasieki  z drutu kolczastego. Tego rodzaju zabiegi obronne  Prusaków okazały się jednak przedwczesne, ponieważ działania ofensywne poszły   w przeciwnym kierunku.  

        Obecnie tereny te, w wyniku racjonalnego gospodarowania zasobami wodnymi, zamieniono w żyzne pola uprawne, pastwiska i łąki. Na  okalającym ten teren obrzeżu oraz    na wrzynających się weń piaszczystych wzniesieniach usadowiły się wsie  i zespoły folwarczne specjalizujące się w hodowli bydła mlecznego i uprawach warzywniczo  - rolniczych.



*  *  *

 

            Był maj. W polskich wsiach panował zwyczaj, że w tym miesiącu poświęconym Matce Bożej,  tam gdzie nie było kościoła, organizowano wieczorne nabożeństwa przed przystrojoną figurą. Ta tradycja zachowała się również w Mochach. Zatem zbierano się w majowe wieczory  wokół ukwieconej kapliczki,  gdzie odmawiano litanię i śpiewano maryjne pieśni. W wieczornej ciszy ten nastrojowy  śpiew  rozchodził się hen daleko i niknął dopiero wśród zielonych gajów  i barwnych łąk woniejących wszelakim kwieciem.

            Zauroczył mnie ten sielski krajobraz i ta błoga, nastrojowa  cisza. Dlatego w  ciepłe, wiosenne wieczory nieraz długo wystawałem na  przyszkolnym tarasie i  z zachwytem podziwiałem  rozciągającą się hen, aż po zarysowującą się linię horyzontu, malowniczą panoramę. Przyjemnie było patrzeć, jak w blasku zachodzącego słońca na zielonych łąkach  osiadała  gęsta mgła, otulając trawy i krzewy srebrzystym całunem, jak pasterze  odprowadzali z pastwisk  bydło i  wganiali je w opłotki gospodarczych zabudowań, a na telegraficznym słupie bociany przygotowywały sobie gniazdo. Nad tym wszystkim, daleko na widnokręgu, majaczyły  strzeliste wieże wolsztyńskich kościołów, zaś nieco w prawo wznosiła się  cylindryczna  baszta miejskich wodociągów.

            Wraz z zapadającym zmrokiem w pobliskim gaju ożywiało się ptactwo. Wśród ptaszęcego chóru prym wiodły niezmordowane trelowaniem słowiki. Z pobliskich zaś odstępów leśnych w kierunku wodopoju przemykały  zwinne jelenie i sarny oraz płochliwe zające.

            Tę nastrojową ciszę pewnej nocy zakłóciła  potężna eksplozja, która na miejscowej mleczarni zerwała dach i poważnie uszkodziła  zakładową kotłownię. Sprawiła  to nierozwaga pracownika, który pomylił butle z gazem i do agregatu chłodniczego podłączył nie tę, którą należało. W rezultacie zakład ten na dłuższy czas został wyłączony  z produkcji.

            To co stało się nieszczęściem dla zatrudnionych w mleczarni pracowników, okazało się  zbawienne dla miejscowego środowiska naturalnego. Mankamentem tego zakładu było to, że nie posiadał oczyszczalni ścieków i wszystkie zanieczyszczenia poprodukcyjne odprowadzał do pobliskiego jeziora. Ścieki te płynęły odkrytym rowem, rozkładały się i wydzielały nieprzyjemne wyziewy, które  zatruwały całą okolicę.  Skutek był katastrofalny. W wodzie zanikło życie biologiczne, a wybujała roślinność nadbrzeżna i  rozkładające się resztki organiczne, uniemożliwiały  dostęp do brzegów jeziora. Tak oto malownicze środowisko wodne, na skutek nierozsądnej  działalności człowieka, przez dłuższy czas  było bezużyteczne.”

 



redaktor: Naczelny